– Informowanie o tym, że PGE produkuje prąd to taka oczywista oczywistość, jak reklamowanie Wisły, że wpada do Bałtyku. Ogłoszenia zalały media, a do redakcji popłynął strumień rządowych (czytaj: podatniczych) pieniędzy – pisze Zbigniew Górniak

 

 Znajomy „gdzieś w Polsce” robi gazetę dla prywatnego wydawcy. Z łamów wieje przaśną nudą, a felietonowe wstępniaki właściciela są bardziej męczące od przemówień Gomułki, lecz mimo to czasopismo ma się świetnie: nakład rośnie, a lokalny drobny biznes rzadko odmawia zamieszczania w gazecie reklam.

Obwąchałem pismo z każdej strony, opukałem je, osłuchałem, zajrzałem w gardło i pod ogon. Ciekaw bowiem byłem, jak redaktorowi naczelnemu udało się znaleźć ów czytelniczy punkt G, który sprawia, że gazeta się rozchodzi, a reklamodawcy pchają się na łamy. Dziś, gdy tytuły bogate w dobre teksty i zdobne w znane nazwiska, z trudem radzą sobie na zdychającym rynku prasy, taki lokalny fenomen zasługuje na zbadanie. Tym bardziej, że czytelnictwo innych tytułów w tymże regionie podobne jak w całej Polsce, to znaczy marne.

Wiecie, gdzie znalazłem ów punkt G? W stopie! Tyle, że nie w stopie czytelnika, ale samej gazety.

Właściwie to nie była stopa, lecz stopka. Redakcyjna. Stopka redakcyjna, w której jako wydawca i właściciel w jednej osobie widniał ważny parlamentarzysta rządzącej partii. Facet wpływowy, na dodatek umiejący wrażenie swej wpływowości zmyślnie podkreślać i wzmacniać.

I odmów tu takiemu zamieszczenia reklamy w jego gazecie. Odpraw z kwitkiem dziewczę z działu ogłoszeń, wdzięczące się upustami i marketingową nowomową. Nie podpisz umowy, w myśl której reprezentowany przez ciebie gminny lub powiatowy urząd zobowiązuje się wykupywać co miesiąc określoną liczbę egzemplarzy w ramach „promowania wiedzy o działaniach lokalnej władzy”. Choćby nawet potem te egzemplarze miały lądować od razu w formie podpałki w kotłowni c.o. urzędu gminy.

To jasne, że taka odmowa nie musi wcale skutkować (i pewnie nie skutkuje) zemstą polityka na lokalnym producencie okien czy właścicielu pizzerii, wystarczy jednak, że oni sobie tę potencjalną zemstę zaledwie wyobrażą, aby ochoczo sięgali do kieszeni. A dziś obawa, że władza jest mściwa i małostkowa jest dość powszechna i uzasadniona: przypomnijmy sobie groźby ministra transportu, który zażądał 30 milionów (!) odszkodowania za opisanie historii z jego zegarkami pożyczanymi od biznesmenów.

Ja tu, oczywiście, nie postuluję żadnych restrykcji. To wolny kraj i każdy może sobie wydawać gazetę, nawet parlamentarzysta, gdy tylko poczuje w sobie redaktora, a nawet – buhahahaha – felietonistę. Pragnę jedynie zauważyć, że choć na naszym niby wolnym rynku, wszyscy mogą od biedy jako tako czuć się wolni, to już nie wszyscy są równi.

Oto kolejny przykład, ale grubszy. Lecz najpierw pytanie do Czytelników: u kogo kupujecie prąd? A czy w ogóle macie jakikolwiek wybór? No właśnie… Tymczasem państwowe spółki energetyczne reklamują się z taką intensywnością, jakby było ich co najmniej tyle co operatorów sieci komórkowych, wabiących klienta niższymi cenami. Po co ten cyrk? Ba!

Jak napisał niedawno portal wPolityce.pl potężną kampanię informującą naród, że „produkuje prąd od początku do końca” sfinansowała sobie Polska Grupa Energetyczna. Ale po co? Informowanie o tym, że PGE produkuje prąd to taka oczywista oczywistość, jak reklamowanie Wisły, że wpada do Bałtyku. Ogłoszenia (trzeba przyznać: wizualnie atrakcyjne) zalały media, a do redakcji popłynął strumień rządowych (czytaj: podatniczych) pieniędzy.

I tu właśnie trafiamy na punkt G, bo pożywkę dostały media stojące po właściwej stronie politycznej barykady. Podam za portalem jeden tylko przykład z dużego dziennika z jednego tylko dnia listopada: 5 ogłoszeń prywatnych i 30 publicznych.

I to jakich! Reklama złomu i zużytego oleju. Może sobie kupisz parę litrów, Czytelniku?