Na początek zagadka. Hektary parkingu, a na nim kilka setek imponujących limuzyn. Kolory czarne, żadnej papuziej krzykliwości. I wszystkie auta na polskich rejestracjach. A obok tej błyszczącej, wypucowanej sfory kuli się kilka skromnych, lekko nadjedzonych korozją średniaków na blachach niemieckich. I wszystko to w pierwszych dniach września, kiedy gazety pełne są wojennych wspomnień o klęsce militarnej, choć moralnym triumfie.

Gdzie jesteśmy? – pyta Zbigniew Górniak.

Otóż w Ostródzie. Na Międzynarodowych Targach Meblowych.

Łaskawy zawodowy los znów mnie tam rzucił, abym w imponującej i odpasionej na euro dotacjach Arenie Ostróda zobaczył na własne oczy to, co należy dziś ustawiać w salonie, kuchni i sypialni. A gdybym nadal nie wiedział, gotowi mi byli podpowiedzieć wciśnięci w spodnie-rurki najlepsi w kraju mistrzowie designu.

Piszę o łaskawym losie, gdyż te coroczne służbowe podróże do Ostródy dostarczają mi nie tylko paru groszy i wielu wrażeń estetycznych (piękne meble, coraz zgrabniejsze hostessy), ale są też wielce pouczające.

Pamiętam, jak będąc na targach po raz pierwszy, zdumiałem się, że oto mam do czynienia z branżą, która jest jedną z przodujących w Europie. Myślałem, że meblarze to jacyś chałupnicy, jak za Jaruzela, ponadto dawno nie kupowałem mebli, a jak już, to w hiperkorporacyjnej Ikei. Nie miałem więc pojęcia, na czym stoi krajowa branża.

Tymczasem ona robiła już krok, aby stanąć na podium. Piąte miejsce na świecie w eksporcie, czwarte w Europie. A teraz jest jeszcze lepiej: czwarte miejsce na świecie, a trzecie na kontynencie! Przy czym 90 proc. produkcji trafia na wymagający rynek niemiecki. Wymagający podwójnie, bo raz, że tam wszystko musi być solidniejsze niż gdzie indziej, a dwa, że tamtejszy konsument zna swoje prawa lepiej niż skład futbolowej drużyny narodowej. I potrafi je egzekwować równie skutecznie, co Lewandowski rzuty karne (pod warunkiem, że gra w Borussi, a nie w polskiej reprezentacji).

To stąd ten krzepiący dobrostan na parkingu przed Areną Ostróda. Dobrostan bynajmniej nie nuworyszowski i jak najbardziej – zasłużony. Tak, polska branża meblarska to europejska osobliwość. Bez pomocy państwa, na bazie małych rodzinnych firm, od jakich na przykład roi się w naszym Dobrodzieniu, narodził się w ciągu 20 lat krzepki, żywotny i ekspansywny organizm gospodarczy, który co roku wkłada do polskiego PKB swoje dwa solidne procenty. I który zatrudnia aż 133 tys. osób w 24 tys. firm.

Skąd ten sukces, poza tym, że z polskiego uporu, pracowitości, energii i pomysłowości? Chyba wiem.

Otóż meblarzom powiodło się tak dobrze, bo mało się o nich w ostatnim ćwierćwieczu mówiło. A skoro się nie mówiło, to mało kto się wtrącał. Proszę sobie wyobrazić, że państwo, podniecone sukcesem meblarzy, zechciałoby branżę jakoś „uporządkować”. I pewnego dnia powstałoby Ministerstwo Meblarstwa, które objąłby rzecz jasna nie jakiś tam Kler, Wójcik czy inny Szynaka (czołowi producenci mebli), lecz któryś z baronów rządzącej akurat partii. Na podobnej zasadzie ministerstwa turystyki nie zaproponowano np. czołowym szefom biur podróży (w Opolu mielibyśmy aż trzech pewniaków – Wójcik z „Sindbada” oraz Jańczuk i Szagdaj z „Itaki”).

Niebawem ministerstwo rozszerzyłoby formułę o „wnętrzarstwo”, gdyż domagałby się tego koalicjant, którym, co można obstawiać nieomal w ciemno, byłoby PSL. Wiadomo, rozszerzone ministerstwo to więcej foteli dla swoich. I odtąd Ministerstwo Meblarstwa i Wnętrzarstwa, aby uzasadnić swoje trwanie, wymyślałoby co roku kilka setek certyfikatów, pozwoleń i atestów. A do tego kilkanaście obowiązkowych państwowych egzaminów i limitowane pozwolenia na produkcję i handel meblami. I wciąż bylibyśmy na trzecim miejscu. Ale od końca.

Jaka z tego płynie biznesowa nauka? Tisze jedziesz, dalsze budziesz.