– Wszędzie podkreślam, że to opolska firma jako pierwsza w Polsce przejęła kontrolę lotniska i kontrolę bezpieczeństwa osób, bagażów i zadania straży granicznej – mówi Edward Kuczer, prezes Gwarant Agencja Ochrony S.A. w rozmowie z Maciejem T. Nowakiem.

– Ładny prezent dostał Pan w tym roku na urodziny.

– Zgodnie ze znowelizowaną ustawą o lotnictwie cywilnym, 18 marca br., czyli w dniu moich urodzin i imienin, straż graniczna przestała prowadzić kontrolę bezpieczeństwa osób w portach lotniczych. Od tej pory zadania te zaczęły realizować firmy zewnętrzne albo SOL, czyli Służba Ochrony Lotnictwa. Wiedząc o nowelizacji, już pod koniec 2011 r., zaczęliśmy się zapoznawać ze specyfiką usług. Zaczęliśmy przygotowywać firmę do startu w co najmniej jednym zamówieniu.

– Dlaczego wybraliście akurat Pyrzowice?

– Postawiliśmy sobie za cel katowicki port. Z uwagi na jego lokalizację i szybki dojazd. Zaczęliśmy się przyglądać specyfice pracy. Nawiązaliśmy współpracę i badaliśmy oczekiwania portów lotniczych. Bardzo pomocne okazało się to, że moi poprzedni partnerzy biznesowi, byli akcjonariuszami funduszy inwestycyjnych i mają udziały w spółce Sprintair S.A. z Warszawy, która świadczy usługi transportowe dla Poczty Polskiej i cargo dla wszystkich lotnisk w Polsce. Jako jedyni poza PPL LOT mają ośrodek szkoleniowy dla skinerów, czyli kontrolerów bezpieczeństwa. Nawiązaliśmy współpracę i zaczęliśmy szkolić potencjalnych pracowników. Było to o tyle istotne, że kiedy port w Katowicach ogłosił przetarg, to wymagał posiadania porozumienia z ośrodkiem szkolącym, który w określonym czasie jest w stanie przeszkolić kontrolerów.

– Wymagali nie przeszkolonych już skinerów, tylko takiej możliwości?

– Tak. Tak się złożyło, że zaczęliśmy szkolić ludzi, a port katowicki ogłosił zapytanie ofertowe na obsługę jednej bramy związanej z rozbudową drugiego pasa startowego i terminalu B. Startowaliśmy i wygraliśmy. To była malutka usługa, cztery osoby na zmianie. To jednak był początek współpracy i poznania specyfiki lotniska. Potem zlecono nam z wolnej ręki kontrolę bagażu cargo, którą świadczyliśmy do końca ubiegłego roku. We wrześniu port ogłosił przetarg na usługę kontroli bezpieczeństwa lotów. To był przetarg dwustopniowy.

– Co to oznacza?

– W pierwszym etapie mogły wystartować wszystkie firmy, ale były dość ostre wymagania. Ocena była zerojedynkowa, firma spełnia warunki, albo nie. Z 14 firm, do drugiego etapu przeszło pięć. Wtedy zaproszono je do złożenia ofert cenowych. W pierwszym rozdaniu zajęliśmy trzecie miejsce. Najlepszą ofertę złożyła firma Securitas, ale popełniła błąd, ponieważ nie wystawiła właściwej polisy i gwarancji należytego wykonania. Wykluczono ich. Pozostałe oferty przekroczyły kwotę przeznaczoną na realizację zamówienia, więc przetarg unieważniono.

– I ogłoszono drugi.

– Rozpisano go w listopadzie. Naszą ofertę uznano za najkorzystniejszą. Zostaliśmy wybrani, ale rozpoczął się dramat związany z uzyskaniem polisy. Rozporządzenie ministra finansów mówi, że firma, która będzie świadczyć usługi, musi posiadać polisę z bardzo restrykcyjnymi wymaganiami dotyczącymi m.in. czystych strat finansowych w nieoznaczonym zakresie. Żaden z polskich ubezpieczycieli nie chciał takiej polisy udzielić. Zaczęły się spotkania. Byłem inicjatorem szeregu takich spotkań. Bardzo pomógł mi wiceminister spraw wewnętrznych Stanisław Rakoczy, który pozytywnie odniósł się do prośby. Zorganizował spotkanie, na które zaprosił m.in. przedstawicieli ministerstw finansów i transportu, Urzędu Lotnictwa Cywilnego, Polskiej Izby Ubezpieczeń, brokerów…

– Pomogło?

– Odbyły się dwa spotkania, potem były konsultacje w ministerstwach. Kiedy wszystko było na dobrej drodze, a minister finansów był skłonny znowelizować rozporządzenie, jedna z firm, konkretnie Securitas, oświadczyła, że ma taką polisę. Nie okazali jej, ale twierdzili, że ją mają, że jest ubezpieczyciel na rynku międzynarodowym, który takie polisy wystawia. Oni mówili to od dłuższego czasu, ale myśmy w to za bardzo nie wierzyli. My również zwracaliśmy się do tego ubezpieczyciela i uzyskiwaliśmy odmowną odpowiedź. Ale wówczas, kiedy w gronie tak zacnych osób, padło takie stwierdzenie, to spróbowaliśmy jeszcze raz. Nasi brokerzy zadali pytanie światowemu gigantowi ubezpieczeniowemu. W sytuacji kiedy odmówią, to muszą odmówić wszystkim. To ubezpieczenie powszechne i nie może być tak, że daje się je jednej firmie, a drugiej nie. Poinformowaliśmy ich, że w przypadku odmownej odpowiedzi, gdy okaże się, że innemu podmiotowi udzielili, my będziemy występować o utratę korzyści. W tej sytuacji wypadalibyśmy z obiegu, stracili duże vadium i kontrakt. Przyszła pozytywna odpowiedź i uzyskaliśmy polisę.

– Kiedy doszło do podpisania umowy?

– 26 lutego podpisaliśmy umowę, a 15 marca rozpoczęliśmy pracę. Otwieramy historię. To z jednej strony zaszczyt, a z drugiej ogromne zobowiązanie i odpowiedzialność. 18 marca straż graniczna zeszła ze swoich stanowisk. Teraz tylko nadzoruje i skrupulatnie nas rozlicza.

– Jakie konkretnie zadania wykonujecie w Pyrzowicach?

– Jest ich bardzo dużo. Każdy z nas lata samolotem, to mniej więcej wie. Przede wszystkim sprawdzanie kart pokładowych i wpuszczenie do strefy odpraw. Kontrola bagażu osobistego oraz rejestrowanego, który idzie na pokład samolotu. To naprawdę odpowiedzialny zakres. Tam są wymagane bardzo wysokie kwalifikacje. Pracownik musi być wszechstronnie sprawdzony przez wszystkie służby państwa. Jak uzyska pozytywną odpowiedź, to może przystąpić do szkolenia. Dopiero po tym kierujemy go na 10-dniowy kurs do Sprintair do Warszawy. Po jego skończeniu zdaje egzamin wewnętrzny. Później wszystkie dokumenty przesyłamy do ULC i tam zdaje egzamin przed państwową komisją. Zdawalność jest na poziomie 60 proc. Dopiero wtedy uzyskuje certyfikat.

– I może przystąpić do pracy.

– Certyfikat jest honorowany w całej strefie Schengen. To jest dobry zawód dla pracownika. Jeśli dobrze posługuje się językiem, może pracować w całej Europie.

– A w Pyrzowicach też jest wymóg znajomości języka?

– Tak, przynajmniej w stopniu podstawowym. Proszę otworzyć, proszę pokazać… Kiedy już takich ludzi mamy, to ich zatrudniamy. Wymaga to jeszcze trochę czasu, bo nasza przepustowość nie jest jeszcze tak wysoka jak byśmy chcieli. Podstawowy cel to nie dopuścić do przeniesienia na pokład niebezpiecznych przedmiotów i odprawić pasażerów w określonym czasie, bo za spóźnienia są dotkliwe kary.

– Ile osób Gwarant zatrudnia na lotnisku?

– Do kwietnia 70 osób, a jak zaczną się wakacje to 100.

– To są osoby z firmy, czy nowe?

– 20 proc. to nasi stali pracownicy, m.in. z grup interwencyjnych, którzy mogą sobie dorabiać, bo to są zupełnie inne warunki płacowe. 80 proc. to ludzie pozyskani z rynku w wyniku rekrutacji.

– Pewnie głównie z woj. śląskiego, bo stamtąd mają bliżej do pracy?

– Tak. To jest nienormowany czas pracy, zależy od natężenia lotów. Szukamy ludzi w promieniu 50 km od lotniska. To duże wyzwanie organizacyjne i bardzo prestiżowe. Mówię do pracowników: jesteście pierwsi w Polsce, którzy to robią i wszystkie inne porty lotnicze na was patrzą. Pyrzowice to na razie jedyny port w Polsce, który przyjął taką formułę.

– A czy inne też planują zmianę?

– W pozostałych zadania przejęły SOL. Przyglądają się. Jak nam pójdzie dobrze, to będzie ekspansja na inne porty. Kontrole mamy permanentne: straż graniczna, ULC, pełnomocnik ds. bezpieczeństwa z ramienia zarządu portu… To praca wrażliwa, kontakt z ludźmi, a ci są różni. Są karni, którzy wiedzą, że muszą poddać się kontroli. Wiedzą, że im dokładniej będą skontrolowani, tym samolot będzie bezpieczniejszy. A są też tacy, którzy uważają, że nie muszą się poddawać kontroli, ale samolot ma być bezpieczny. Mentalność ludzka jest różna. Kontrola musi być przeprowadzona, tu nie ma odwrotu. Bardzo zdyscyplinowani są Niemcy. Gdy podchodzą do kontroli wszystko mają przygotowane.

– A kto jest niezdyscyplinowany?

– Nie będę mówił o nacjach. Mieliśmy taką potężną odprawę, tysiąc osób w ciągu dwóch godzin.  Przeogromne zadanie. Nastąpiła kumulacja lotów. Później nawet zarząd portu przyznał, że to nie może się zdarzać, bo przekracza możliwości. Poradziliśmy sobie, uczymy się ciągle. Wszędzie podkreślam, że to opolska firma jako pierwsza w Polsce przejęła kontrolę lotniska i kontrolę bezpieczeństwa osób, bagażów i zadania straży granicznej. Jestem opolaninem i wszędzie gdzie jestem podkreślam naszą opolskość. To duży sukces, bo firma Securitas ma 200 portów w całej Europie. Wygraliśmy z potentatami na rynku: Konsalnetem i Impelem, który dziś jest naszym partnerem, a w momencie ofertowania jeszcze nie było podpisanej umowy i byliśmy konkurentami.

– Jak układa się współpraca z Impelem, który wykupił 73 proc. udziałów w Gwarancie?

– Bardzo dobrze. Uczymy się od siebie. Impel poleca nam wiele wzorców. Mamy giganta jeśli chodzi o strukturę organizacyjną i potencjał ludzki. Kiedy startujemy w dużych inwestycjach, to czujemy na plecach ich wsparcie. Naprawdę jesteśmy poważnie traktowani i stawiani w grupie za wzór firmy dobrze zorganizowanej, która wchodzi za skórę gigantom. Nie miałem obiekcji. Z chwilą kiedy uznałem, że moi partnerzy biznesowi – fundusze inwestycyjne, potrzebują pieniędzy to lobowałem na rzecz Impela. Miałem dobre relacje z dyrektorem regionalnym Grzegorzem Wojtasikiem, który dzisiaj jest wiceprezesem zarządu w Gwarancie. Z branży ochrony tylko my i Impel jesteśmy notowani na warszawskiej giełdzie. Chciałbym podkreślić, że jesteśmy szanowani i poważnie traktowani. To nie jest tak, że przyszło małe dziecko do dużego niedźwiedzia.

– Na jaki czas zawarto kontrakt na lotnisku?

– Podpisaliśmy go na cztery lata i opiewa na 20 mln zł. Jest publiczny i nie ma tu żadnych tajemnic. Nie podchodzimy do niego w kategoriach zysku, choć oczywiście rentowność zakładamy. To projekt pilotażowy, bo jesteśmy pierwsi w Polsce. Jako pierwsi możemy zdobywać doświadczenia i referencje. W kolejnych latach to może być kryterium oceny ofert. Na pewno zarządy lotnisk będą zastanawiać się nad sensem utrzymywania we własnych strukturach SOL, bo to znacząca pozycja w finansach. To będzie tort do wyjęcia.

– Z punktu widzenia lotniska usługa zewnętrzna jest dla nich tańsza.

– Tak, jest korzystniejsza. Bardziej bezpieczna i ich nie absorbuje. Im pozostają roszczenia, a nie obowiązki. A u nas wszystkie ręce na pokład. Wierzymy, że nasze referencje w perspektywie kolejnych lat, będą ważnym argumentem przy zdobywaniu kolejnych kontraktów. Zrobimy wszystko by się wywiązać.

– Dziękuję za rozmowę.