Felieton ten dedykuję pamięci pani Margaret Thatcher, która zapytana kiedyś przez kierowcę, czy może on już iść do domu, bo chciałby się dobrze wyspać, odparła, że nikt nie może dobrze spać, kiedy obraduje parlament – bo akurat obradował. Tę myśl rozciągnąłbym na Radę Miasta Opola – pisze Zbigniew Górniak.

 

Niedawno odbierałem znajomego z dworca i zrobiliśmy sobie rundkę po Krakowskiej aż do rynku. Facet był zdruzgotany. Lokale, jakie zapamiętał przed laty jako szykowne sklepy z odzieżą i kosmetykami, są dziś lumpeksami z wystawami zalepionymi odręcznie zapisanymi płachtami papieru pakowego. Pospolitość, stęchlizna estetyczna, składy byle jak wyeksponowanej taniochy, upadek, rumuński bazar. Lumpeks na lumpeksie i lumpeksem pogania. I to w samym centrum stolicy regionu, który chwali się tym, że kwitnie.

Owszem, ponad 20 lat temu ulica Krakowska też wyglądała bazarowo i badziewnie. Buty sprzedawano tu z gazety na chodniku, mięso z bagażnika, a papierosy z paki furgonu. I powiem więcej: ja się wtedy tym zachwycałem!

Jednak o ile w roku 1990 taki straganiarski sznyt wydawał się okresem przejściowym, a ponadto buzował energią, uwodził niezwykłością, niósł z sobą zapowiedź czegoś lepszego, intrygował i obiecywał, że już niebawem cała ta prowizorka przeniesie się na marmurowe salony, o tyle dziś to wszystko  zajeżdża trupem. Wygląda na stan agonalny. Przypomina szczękę, która memła bułkę samymi dziąsłami, bo wypadły z niej wszystkie zęby, a złote powyrywano.

I wchodząc do sklepu po buty za dwanaście pięćdziesiąt mamy pełną i ponurą świadomość tego, że ich sprzedawca nie rusza akurat na brawurową wyprawę po swój pierwszy milion, tylko rozpaczliwie próbuje utrzymać się na powierzchni, uczepiony jakiejś lichej ostatniej deski, przy czym dłonie mu już odmawiają posłuszeństwa.

Coś pękło, coś się skończyło. Na ściernisku znów jest ściernisko i raczej się już nie doczekamy San Francisca, chociaż bank – zgodnie ze słowami piosenki braci Golec powstał, i to nie jeden. Żeby się ludziska mogli zadłużać na te buty po dwanaście pięćdziesiąt. To już nie jest kwitnienie, lecz przekwitanie.

Wygląda to tak, jakby coś nie zadziałało. Dlaczego? Co się stało? Przez kogo? Kiedy? To by wymagało reportersko-publicystycznej analizy, a nie felietonu.

Powiem jednak, że jestem ostatnim, który chciałby wyganiać te lumpeksy z centrum niczym kupców ze świątyni, bo skoro one zdobyły to centrum uczciwie, a czynsz płacą regularnie, to byłoby czystą bolszewią wyrządzać im krzywdę. Pierwszy bym darł mordę, gdyby jakiś ratuszowy specjalista od planowania biznesu zaczął te bieda sklepy rugować. Owszem, one powinny być wykurzone, ale tylko przez wolny rynek. Ten w naszym mieście nie działa, bo słabiutko radzi sobie w całym kraju – mimo sześciu już lat rządów partii, której liderzy, gdy im jeszcze władza nie uderzyła do łbów i na bankowe konta, powoływali się na wspomnianą we wstępie Margaret Thatcher, a za wolny rynek daliby się ponoć pokroić.

Owszem, oni kroją, ale budżetowy torcik, do spółki z chłopskim pomagierem, nieodmiennie głodnym kasy, posad, wpływów i tak zwanej dobrej prasy. Działacze obu partii nie chodzą w butach po dwanaście pięćdziesiąt, to jest nadal przynajmniej 6-7 stówek za parę. A błyszczą im się te buty tak, że mogą się w nich przeglądać usłużni dziennikarze.

Równie głośno protestowałbym, gdyby jakiś planista zaczął na siłę osadzać w tych lokalach ekskluzywne marki, robić z tych sklepów oazy luksusu, ostoje elegancji, azyle odzieżowej wystawności. Dlaczego? Bo jak coś jest robione na siłę, to nieodwołalnie trzeba do tego dopłacać. A to zawsze dzieje się kosztem tych, którzy płacą podatki, czyli nas.

W tych sklepach luksus już był i on mógłby się tam wprowadzić na nowo, ale tylko pod rękę z wolnym rynkiem – jako jego partner, mniejsza już o to, czy płci tej samej czy przeciwnej.