Skoro Polacy w Wielkiej Brytanii tak dobrze sobie radzą w usługach medycznych, to dlaczego nie oddać im zarządzania brytyjskimi kolejami i szkolnictwem. Państwo sobie to wyobrażacie w Polsce? Postulat zabrania politykom upartyjnionej oświaty i jeszcze mocniej upartyjnionych kolei i oddania tych branż na przykład Ormianom? – pisze Zbigniew Górniak. 

  

Dziś zacznę jak Amerykanie  – od dowcipu. Przychodzi Paweł Graś do premiera i mówi „Mamy kłopot, Polacy twierdzą, że żyje im się teraz dużo lepiej”. Donald Tusk unosi brew: „To raczej sukces, a nie kłopot?”. A Graś na to: „Owszem, ale oni to mówią w Wielkiej Brytanii”.

Piszę ten felieton, ledwo odespawszy podróż z Londynu, a obok laptopa mam angielskiego „Gońca Polskiego”, który nad winietą ma dopisek The Polish Times, czyli nie byle jaki. W środku artykuł p.t. „Wartościowi przyjezdni”. Mały cytat ku pokrzepieniu serc:

„Od jakiegoś czasu polskie prywatne przychodnie lekarskie w Londynie cieszą się dużą popularnością. I nie chodzi tu bynajmniej o rosnącą ilość pacjentów, lecz o brytyjskie media, które dostrzegły, że polscy imigranci chcą leczyć się w prywatnych polskich klinikach, zamiast u lokalnych lekarzy rodzinnych, zarządzanych przez National Health Service. Temat ten poruszony został m.in. przez dziennikarzy poważnego tygodnika +The Economist+.”

Rozbierzmy te zdania niczym striptizerkę w klubie dla zamożnych polityków partii rządzącej, gdzie można zjeść sushi wprost z pępka gołej baby i zapłacić za to pieniędzmi polskiego podatnika. Co one tak naprawdę oznaczają?

Warstwa wierzchnia: polskim lekarzom przybywa pacjentów i to nie w jakimś kraju Trzeciego Świata, gdzie trzeba dzieciom odrywać żołądki od kręgosłupów, lecz w państwie uważanym za jedno z mocarstw Świata Pierwszego. Wniosek? Są dobrzy i po przystępnych przyjmują cenach. Pewnie też potrafią się reklamować. A konkurencja panuje tam mordercza.

Warstwa spodnia: ten cug na Polaków dostrzegły wyjątkowo kąśliwe brytyjskie media i poświęcają zjawisku swą ciepłą uwagę, co jest o tyle znamienne, że aby zdobyć uznanie tamtejszych poważnych publicystów, trzeba być autorem sukcesu prawdziwego, a nie tylko dmuchanego. Tam pismakom takim jak ja płaci się słono za to, żeby wiedzieli, o czym piszą, a nie pisali tylko, co wiedzą. A w tamtejszym dziennikarstwie nie ma tak jak u nas, gdzie w myśl słynnego prawa Kopernika, pieniądz gorszy (i często politycznie znaczony) wypiera pieniądz lepszy – na dodatek za mniejsze pieniądze.

Tu kolejny cytat – z „Daily Telegraph” – który narobił ostatnio szumu propozycją, że skoro Polacy tak dobrze sobie radzą w usługach medycznych, to dlaczego nie oddać im zarządzania brytyjskimi kolejami i szkolnictwem. Państwo sobie to wyobrażacie w Polsce? Postulat zabrania politykom upartyjnionej oświaty i jeszcze mocniej upartyjnionych kolei i oddania tych branż na przykład Ormianom? Autor takiej propozycji błyskawicznie zawisłby na jakimś medialnym haku wyjętym z arsenału tajnych służb i ośmieszony, spocząłby na śmietniku polityki. Ale wracajmy do rozbieranek.

Pora na bieliznę… Ta-dam!!! Polaków w GB stać na prywatne leczenie! I są gotowi za nie płacić, mimo że funkcjonuje tam National Health Service (taki nasz NFZ), oferujący swe usługi za darmo, które to słowo jest oczywiście umowne, bo kto jak kto, ale czytelnicy „Forum Opolskiego Biznesu” wiedzą doskonale, że na tym świecie za darmo już dawno umarło. 

A teraz, jak już nie mamy z czego rozbierać prasowej notki, zastanówmy się, jak to jest, że za granicą Polak może się realizować, zarabiać, robić karierę, mając przy tym poczucie sensu i byt zapewniony nie tylko do wypłaty. A w Polsce, jakby się nie napinał, jakoś mu nie wychodzi.

Byłby to ów słynny syndrom Lewandowskiego, wymuszający w perfekcyjnej Borussi piłkarską finezję, a dopuszczający kaszanienie na ojczystym Stadionie Narodowym, ile by tam on nie kosztował miliardów – tych jawnych i tych ukrytych?

Ha, oto jest pytanie! – że tak zakończę nieco po szekspirowsku, ale kierunek geograficzny zobowiązuje.